niedziela, 5 lutego 2017

Zimowe tąpnięcia

Witajcie,

tak, tak własnie, dzisiejszy post nosi nazwę "Zimowe tąpnięcia" a dlaczego? 
No dla tego, że w ciągu jedynych dwóch dni na tym naszym uroczym końcu świata, pod lasem, spadło prawie 50 cm śniegu. Ale zacznijmy od początku, porządek być musi, wiadoma rzecz.😉


Wszystko zaczęło się tak ładnie, było trochę śniegu i nawet trochę tęgiego mrozu a 21.01.2017 odbył się w naszej miejscowości coroczny, już 36 pochód.

Turyści, a trochę ich było, od 8 rano zaczęli się schodzić na wcześniej w tym celu przygotowane miejsce, gdzie mogli zjeść konkretne śniadanie. W okresie zimowym dużą popularnością cieszą się tutaj "zabijačkyco nie oznacza, że ktoś komuś wtłucze, ale oznacza to po prostu takie komercyjne świniobicie. Komercyjne, bo na miejsce przywożona jest już rozporcjowana świnka, albo dwie, albo jak w tym przypadku chyba z 10 i tutaj następuje dalszy proces obróbki. Gotowanie, pieczenie, smażenie i co kto chce. Następnie wszystko jest na miejscu serwowane/sprzedawane. Dla uczestników zostało przygotowane ponad 1100 kg wyrobków i... ok godziny 14:00 produktów brakło. Jak widać akcje tego typu cieszą się dużym zainteresowaniem, swoja drogą czy ktoś z Was jadł na śniadanie gulasz, albo pieczone mięso z kapustą? Po obfitym śniadaniu, ruszano w drogę. W okolicy są liczne szlaki turystyczne i w zależności od tego, ile ktoś miał sił zapodawał sobie krótką, dłuższą albo najdłuższą trasę. Jak, że my ową Brzestecką skałę mamy "za miedzą" wyruszyliśmy w zupełnie innym kierunku a mianowicie na Velehrad, nie żeby się nam chciało pielgrzymować do czeskiej Częstochowy, ale jak się po drodze okazało, wybór trasy był idealny. Uciekliśmy przed ponad tysiącem spacerowiczów do całkowitego pustkowia. Zresztą sami popatrzcie.

Nigdzie nikt. 💙💙💙


Było prawie -15 stopni, więc śnieg trzeszczał pod butami i mienił się w słońcu.

W oddali widać dwie wieże bazyliki na Velehrad

 

Później przyszedł luty.....i ociepliło się. Wraz z ociepleniem zaczęło śnieżyć. 
Cieszyłam się jak dziecko, brykałam jak źrebaczek i wcale się nie przejmowałam faktem, że zapadałam się w tym śniegu po kolana. Drogi były nieprzejezdne, niewidoczne i jeszcze kilka innych nie, ale było pięknie. Słońce wprawdzie zza ciężkich, wręcz ołowianych śniegowych chmur nie miało szans się przebić, ale ta wszechobecna biel była piękna.
Była, bo niestety równie szybko jak opady nastąpiła odwilż i teraz zmagamy się z pośniegowym błotem, plusową temperaturą i mega wilgotnością.



                                                   
 


                 

Sypało i sypało ale jedną, złamaną łopatę później, pojawiła się ścieżka na podjeździe.

Po lewej stronie widoczna faktyczna wysokość śniegu.😱


Pocieszający jest fakt, ze jak ta góra śniegu stopnieje, to przynajmniej będzie mokro w donicach.


Odśnieżony chodnik nie wytrwał długo, popołudniu pojawiła się kolejna dostawa śniegu.




Poranna droga do pracy wyglądała jak z bajki.




Bez obaw, nie biegam do pracy w środku nocy, zdjęcia zrobiłam ok 7 rano 😀.



Zygzaki na chodniku, to moje dzieło 😋, ale to odciśnięte miejsce na dole, to "wywrotka" jaką zaliczyła uciekająca przede mną sarna.



Dzisiaj widok z okna prezentuje się już smutno i szaro. 9 stopni na termometrze zrobiło swoje. Teraz czekam, aż w naszym narciarskim kurorcie we włoskich Alpach zacznie sypać i jak pojedziemy to nie będziemy musieli, jak rok temu, oglądać jesiennych krajobrazów, ale konkretna zimę.